poniedziałek, 15 lipca 2013

Zamiast jarmarku Pearl Jam - po prostu


W minioną sobotę wybrałam się na koncert, a trafiłam na jarmark , czy też odpust, ale niezupełny, na zbiorowe świętowisko w klimacie niemalże discopolo, a miało być w oparach poetyckiej kultury. Impreza wszakże zwała się Bieguny Kultury, a działo się owo wydarzenie na noworudzkim rynku.  Na niezbyt konkretnym plakacie zapowiadającym imprezę ,  gwiazdą wieczoru miał być Jaromir Nohavica, chyba najbardziej znany czeski bard, przynajmniej nam, Polakom. Nie było godziny występu, ani kolejności, ale z położenia zdjęcia Nohavicy- w centrum wywnioskowałam, że będzie on śpiewał na końcu. Faktycznie tak się stało. Wszystko, co działo się przed występem pana Jarka skutecznie odstraszyło mnie od przybywania na tego typu imprezy: skądinąd klimatyczny noworudzki rynek w oparach kiełbaskowego dymu, wokół kiczowate nadmuchiwane pałace i skaczące trampoliny - źródła dochodów obwoźnych  biznesmenów , a oskubywania rodziców, namioty piwnych sułtanów pełne podpitych i całkowicie zalanych, wątpliwych fanów poezji śpiewanej. Wszystkie okoliczne ławeczki w większości zajęte przez miejscową menelię, starszą, młodszą i całkiem małoletnią, zaciekawioną, że coś się dzieje, że tłum ludzi, że na scenie coś grają i śpiewają. No, grali i śpiewali ci z lekka zakurzeni polscy bardowie, których nazwisk z szacunku przez ich długaśne lata występów, pracowitego powtarzania wyświechtanych piosenek i przyśpiewek, nie wymienię. Mało tego, że śpiewali, oni nakazywali grzecznie siedzącej pod sceną publiczności (chyba jak ja, oczekującej na Nohavicę) śpiewać razem - wspólne refreny, klaskanie do rytmu i kołysanie. No, ludzie, dlaczego się nie bawicie? Ja tutaj przyjechałem was rozerwać, uskrzydlić, rozweselić do łez. Kulturka, psze państwa!
Uciekłam w mroczne, odrapane zaułki Nowej Rudy, dość klimatyczne w światłach latarń imitujących dawny czas. Okrążając trzy razy rynek, potem delektując się przepyszną kawą  w Białej Lokomotywie, w oczekiwaniu na czeski song w końcu spotkałam znajomych, z którymi czekanie nie było już tak dokuczliwe. Koło 23-ciej przybył pan Nohavica, rozluźnił  atmosferę miłym przywitaniem po polsku, przypudrował pana Daukszewicza pakietem komplementów, których doprawdy nie rozumiem (mimo, że były po polsku), ale mogę, wolno mi. No i zaśpiewał ten legendarny czeski bard.... sześć ładnie wykonanych piosenek. I na shledanou. I wtedy zrozumiałam, że jeśli chcę uczestniczyć w prawdziwym koncercie Nohavicy, wsłuchiwać się w jego ładne piosenki w ciepłej atmosferze, bez jarmarcznego tłumu z piszczałką w tle, to muszę sobie kupić bilet za 120 zł na biletinie i pojechać we wrześniu na koncert do Wrocławia. Tylko, że nie już chcę. Na shledanou, panie Jaromirze dekuju wam. Kupię sobie płytę za 30 złotych i posłucham pana w domu. Posłucham, jeśli zechcę, ale teraz słucham ballady Pearl Jam. I niech tak zostanie.