poniedziałek, 25 marca 2013

Sigur Ros jak objawienie

Uwielbiam odkrycia, które chwytają mnie za serce. A najbardziej kocham te własne, niby przypadkowo lub intuicyjnie wyszperane w różnych dziwnych miejscach. Wczoraj, przedwczoraj, dziś - bingo! Oczywiście ktoś uśmiechnie się zapewne, bo moje ostatnie odkrycie ma ponad dwadzieścia lat. Ale lubię antykwariaty, antyki, skanseny, lumpeksy, no i trzeszczące płyty. O islandzkiej grupie Sigur Ros słyszałam już niejedno dobre zdanie. Zdarzało mi się wcześniej przesłuchać ich pojedyncze nagrania na youtube, co często łączyło się z oglądaniem wysmakowanych videoobrazów. Niezapomniany pozostawał niesamowity głos wokalisty zespołu. Wysłuchiwanie utworów Sigur Ros z głośników komputera, czy radioodbiornika było w moim przypadku zwodnicze, nigdy nie sięgnęłam po całą płytę. Gdy wpadł mi w ręce i uszy dwupłytowy, koncertowy album "Inni" (2011) od razu poczułam, że żyję. Poczułam głębię dźwięków, usłyszałam niesamowite aranżacje, pełne fortepianu, organów- keyboardu, gitary i smyczków. Potem dowiedziałam się, że gitarzysta- wokalista gra po gitarowych strunach właśnie smyczkiem. Falsetowy vocal, który nie wychodzi z pamięci i przepiękne, balladowe kompozycje, niektóre wręcz z rockowym pazurem. Bynajmniej, nie usypiają, mogą zapewne uspokajać, ale dają energię, czuję, że żyję. Nastrój wznosi się to w słonecznej to w mrocznej przestrzeni pomiędzy wolnością, a tajemnicą. Słyszę odniesienia do Pink Floyd, Archive, Radiohead, moich ulubionych wszakże. Mogłabym tu jeszcze zachwycać się przez 30 linijek tekstu, pisać epitety, pieścić, snuć peany, ale po co. Przecież zawsze w moich wpisach najważniejsza jest muzyka. Czyżby nowa era na muziku? Przed i po Sigur Ros. Przeczytałąm na stronie grupy o nowym albumie Sigur, który ma się ukazać w lipcu. Tym razem pewnie nie przegapię, a tymczasem, czas pogrzebać jeszcze w dyskografii islandzkiej grupy.

sobota, 16 marca 2013

Zrozumieć Broad Peak

Poranek w towarzystwie Quartetu Tomasza Stańki nastraja pozytywnie do czasu podniesienia rolet. Za oknem tańczą płatki śniegu. W rytm Lontano i Dark Eyes nawet im to wychodzi. Biała zima w środku marca, zadymka i ziąb w mieszkaniu, bo znów zacięło się ogrzewanie. Spokojny poranek pozwala słuchać i myśleć. Powracam myślą do dzisiejszych, na wpół sennych rozmyślań o wyzwaniach, niewyobrażalnym zimnie, samotności i o pozostaniu w najwyższych górach tuż po wielkim zwycięstwie. Kilka dni temu dołączyłam do facebook-owej akcji zapal świeczkę dla Maćka i Tomka. To właśnie dziś wieczorem, o 22-giej płonąca świeczka przypomni mi pewnie inne, tak niedawne, zbyt wczesne, niepotrzebne ludzkie odejścia. Czytam o pożegnaniu, myślę o niezwykłej potrzebie i odwadze wchodzenia tam, gdzie nigdy nie dojdę. Zrozumieć pomógł mi Piotr Pustelnik na jednym ze swych autorskich spotkań. Podziw łączę ze smutkiem.