wtorek, 24 grudnia 2013

Fismoll


"At Glade"- jeden z albumów, który nie nudzi mi się od ponad 2 miesięcy.
Dużo w nim pogody, lekkości,i spokoju.Tak samo, jak Fismoll, nie nudzi mi się pstrykanie do słońca, naciskanie migawki w pochmurny dzień i łapanie kadru z okna. Zajmująca zabawa. Jakoś tak niezimowo upływa czas. Niedługo dnia zacznie przybywać, może za chwilę otworzę oczy i odetchnę wiosną...






środa, 9 października 2013

Bo tak październik się snuje


Piękno ostatnich dni, ocieplonych słońcem i ładnym, z lekka pożółkłym światłem. Muzycznie wciąż czegoś szukam, wsłuchuję się w nowe, ale częściej powracam do sterego. Wyjęłam z pudełka "Beirut", ręką strzepnęłam 4 lata kurzu, nawet nie pamiętam, kiedy Nantes ostatnio mi grało. Dziś brzmi jesienią, innym razem grało ciepłym latem. Popem na szczęście nie jest, z popu już wyszłam. Teraz błądzę w jesiennych chmurach i pomimo częstego spadania na ziemię, potykania się o własne sny, jakoś wciąż chce mi się wziąć mocny rozbieg i tam pofrunąć.

czwartek, 3 października 2013

Jesienne SIĘ szło

Cudownie jest, powietrze jest. Zamiast piosenki słuchowisko. Niektóre rzeczy wracają, stary tekst też pewnego dnia wrócił w postaci medialnej. Lata mijają, SIĘ się nie starzeje, smutek i napięcie niezmienne, ludzkie relacje też. Wywołująca sprzeczne myśli piękna ułuda. Pod skórą dreszcze. Pragnienie kochania w utartym świecie. Szczerość do bólu, przez którą z reguły tracisz, czy zabawa w damsko-męskie gierki? Marzenia, czy rozsądek? Piękny sen, czy przyziemna rzeczywistość? Którą drogą SIĘ szło?... I tak się obudził. I tak się obudzę.

poniedziałek, 23 września 2013

I try

Popu mi się zachciało, jakiejś nowej piosenki, która wpadła by w ucho i już nie wyszła. Ładna wokalnie, melodyjna, z fajnym tekstem. Szukałam, szukałam, słuchałam zaprzyjaźnionej stacji, w tubie grzebałam i nic. Nie wysłuchałam, nic nowego - świeżo-świetnego nie znalazłam. Cóż było robić, gdy popu się zachciało, pomiędzy notorycznym i długotrwałym wsłuchiwaniem się w Sigur Ros, Madeleine Perroux, Milesa Davisa, Coco Rosie i Stańkę? Się poszukało na starych dyskach i się znalazło. Głos chrypliwie uwodzicielski, piosenka melodyjna, tekst adekwatny. Nic, tylko słuchać końcem września i początkiem października, smuty łukiem omijać, bo i tak przyjdą wkrótce te zaprzyjaźnione, dobrze oswojone i nie bolące, w krtań nie duszące, moje. Ktoś może powie, że Macy Grey popową nie jest, że soul, rythm and blues, trip- trop, czy podobne. Dla mnie to popowa, świetna piosenka, która najbardziej mi brzmi w drodze.

środa, 14 sierpnia 2013

CHWILA

Jadę po Martę. Mijam Resko, potem Łobez. Wjeżdżam w las kierując się nawigacją spisaną na kartce, dobrze wiedzie. Stara droga pomiędzy drzewami, wybrukowana nierównym kamieniem jest końcowym drogowskazem, że to już tutaj. Jest Bonin, jest brama, jest stary rozłożysty dwór z pajęczyną rusztowania przy wejściowym ganku. Taras okryty folią chroniącą przed deszczem i falujący dach każą poczekać jeszcze jakiś nieokreślony czas tym, którzy lubią podziwiać świeże, odrestaurowane, czy jak kto woli zrewitalizowane miejsca. Dla mnie może być cokolwiek zakurzone, pachnące starym czasem. Wyobraźnią odkurzam i oczyszczam dwór z pegeerowskich naleciałości, pięknieje w oczach, przesuwam się w czasie jeszcze wstecz, widzę dawnych właścicieli i służbę. A tu już z ogrodu machają mi współcześni z uśmiechami. I dobrze. Widzę dziewczyny pachnące jeszcze Italią, którą pożegnały wczorajszego poranka. Niewidziana od pół roku Marta jak zawsze ma w oczach i gestach ciepło, dobroć, przyjaźń. Dobre oczy mnożą się wokół mnie razy trzy i już czuję, że jestem w miejscu, gdzie być się chce, powracać się chce, a wyjechać nie za bardzo. Wokół słoneczny las, polana, pasące się konie, zarośnięty ogród i lipcowy poranek. Śniadanie przy ogrodowym stole, mix polsko-włoski w swojej prostocie smakuje każdemu, doprawiony uśmiechem, żartem, miłym słowem. Chodzimy po starych trzeszczących podłogach, gdzieniegdzie odnowione drewniane futryny i łukowate przejścia, piękne schody prowadzą nas na strych, tu jeszcze potrzeba czasu i pieniędzy. Za to wejściowy salon zapowiada piękne wnętrza, które już niedługo witać będą gości swym urokiem.
Na fotografii, którą zrobiłam zegar zatrzymał się przed jedenastą. To taka dobra godzina w tym ciepłym dniu, zachowuję ją i idę dalej. Najpiękniejsza pozostaje weranda z wyjściem na ogród. Rozświetlone liście tańczą po szybach i wskakują do środka zielonym światłem. Tak zatrzymuje się pomorski dworek w moich oczach. Na tej werandzie, w powiewającym na wietrze praniu, w serdecznych oczach gospodarzy. Trwaj chwilo, trwaj.

poniedziałek, 15 lipca 2013

Zamiast jarmarku Pearl Jam - po prostu


W minioną sobotę wybrałam się na koncert, a trafiłam na jarmark , czy też odpust, ale niezupełny, na zbiorowe świętowisko w klimacie niemalże discopolo, a miało być w oparach poetyckiej kultury. Impreza wszakże zwała się Bieguny Kultury, a działo się owo wydarzenie na noworudzkim rynku.  Na niezbyt konkretnym plakacie zapowiadającym imprezę ,  gwiazdą wieczoru miał być Jaromir Nohavica, chyba najbardziej znany czeski bard, przynajmniej nam, Polakom. Nie było godziny występu, ani kolejności, ale z położenia zdjęcia Nohavicy- w centrum wywnioskowałam, że będzie on śpiewał na końcu. Faktycznie tak się stało. Wszystko, co działo się przed występem pana Jarka skutecznie odstraszyło mnie od przybywania na tego typu imprezy: skądinąd klimatyczny noworudzki rynek w oparach kiełbaskowego dymu, wokół kiczowate nadmuchiwane pałace i skaczące trampoliny - źródła dochodów obwoźnych  biznesmenów , a oskubywania rodziców, namioty piwnych sułtanów pełne podpitych i całkowicie zalanych, wątpliwych fanów poezji śpiewanej. Wszystkie okoliczne ławeczki w większości zajęte przez miejscową menelię, starszą, młodszą i całkiem małoletnią, zaciekawioną, że coś się dzieje, że tłum ludzi, że na scenie coś grają i śpiewają. No, grali i śpiewali ci z lekka zakurzeni polscy bardowie, których nazwisk z szacunku przez ich długaśne lata występów, pracowitego powtarzania wyświechtanych piosenek i przyśpiewek, nie wymienię. Mało tego, że śpiewali, oni nakazywali grzecznie siedzącej pod sceną publiczności (chyba jak ja, oczekującej na Nohavicę) śpiewać razem - wspólne refreny, klaskanie do rytmu i kołysanie. No, ludzie, dlaczego się nie bawicie? Ja tutaj przyjechałem was rozerwać, uskrzydlić, rozweselić do łez. Kulturka, psze państwa!
Uciekłam w mroczne, odrapane zaułki Nowej Rudy, dość klimatyczne w światłach latarń imitujących dawny czas. Okrążając trzy razy rynek, potem delektując się przepyszną kawą  w Białej Lokomotywie, w oczekiwaniu na czeski song w końcu spotkałam znajomych, z którymi czekanie nie było już tak dokuczliwe. Koło 23-ciej przybył pan Nohavica, rozluźnił  atmosferę miłym przywitaniem po polsku, przypudrował pana Daukszewicza pakietem komplementów, których doprawdy nie rozumiem (mimo, że były po polsku), ale mogę, wolno mi. No i zaśpiewał ten legendarny czeski bard.... sześć ładnie wykonanych piosenek. I na shledanou. I wtedy zrozumiałam, że jeśli chcę uczestniczyć w prawdziwym koncercie Nohavicy, wsłuchiwać się w jego ładne piosenki w ciepłej atmosferze, bez jarmarcznego tłumu z piszczałką w tle, to muszę sobie kupić bilet za 120 zł na biletinie i pojechać we wrześniu na koncert do Wrocławia. Tylko, że nie już chcę. Na shledanou, panie Jaromirze dekuju wam. Kupię sobie płytę za 30 złotych i posłucham pana w domu. Posłucham, jeśli zechcę, ale teraz słucham ballady Pearl Jam. I niech tak zostanie.

czwartek, 27 czerwca 2013

Czucie

Życie na poczekaniu.
Przedstawienie bez próby.
Ciało bez przymiarki.
Głowa bez namysłu.

Nie znam roli, którą gram.
Wiem tylko, że jest moja, niewymienna.
O czym jest sztuka,
zgadywać muszę wprost na scenie.


Kiepsko przygotowana do zaszczytu życia,
narzucone mi tempo akcji znoszę z trudem.
Improwizuję, choć brzydzę się improwizacją.
Potykam się co krok o nieznajomość rzeczy.
Mój sposób bycia zatrąca zaściankiem.
Moje instynkty to amatorszczyzna.
Trema, tłumacząc mnie, tym bardziej upokarza.
Okoliczności łagodzące odczuwam jako okrutne.

Nie do cofnięcia słowa i odruchy,
nie doliczone gwiazdy,
charakter jak płaszcz w biegu dopinany -
oto żałosne skutki tej nagłości.

Gdyby choć jedną środę przećwiczyć zawczasu,
albo choć jeden czwartek raz jeszcze powtórzyć!
A tu już piątek nadchodzi z nie znanym mi scenariuszem. [...]

Wisława Szymborska   Życie na poczekaniu.

poniedziałek, 10 czerwca 2013

Piknik pod wiszącym mostem...

... którego nie było. Pikniku, nie mostu. Za to było błoto w ilościach obrzydliwie upokarzających moje buty.  Myśl o pikniku nasunęły zdjęcia, które się zrobiły w niedzielny poranek. Prócz spaceru, fotek działo się jeszcze wiele, a wzmożona chęć wyrażania myśli w formie zdań napisanych każe przekazać dalej.

Miniony weekend wypełniony po brzegi. Można w dwóch wolnych dniach zmieścić koszenie trawy, smutny spektakl, o którym chcesz zapomnieć, bo przecież wolne, bo ma być wesoło. Po nim głupawy koncert w stylu discocountry, z którego uciekasz w mokry las, wdychasz przenikliwą woń mchu z igliwiem i idziesz, uważając, by butów nie ubłocić. (I tak się ubłocą, później.) Dokładasz jeszcze przyjemność ściskania dawno niewidzianych przyjaciół, pyszne-zimne placki ziemniaczane, ognisko nad stawem, spacer o północy na rozgwieżdżoną łysą polanę, Sigur Ros w nocnej trójce przy ogniu, znowugwiazdy, tarasowy sen na huśtawce i pobudkę o 4 rano, którą czynią ptaki, i szum strumienia. Możesz spokojnie dopełnić jeszcze drugi dzień słonecznym spacerem po mokrym od zbyt wielu deszczy wąwozie. (Tu buty zostają pognębione.)


Z uśmiechem raczysz się uroczym lenistwem w słońcu, a wieczorem, ze zdumieniem - sztuką Kotlina w Teatrze Współczesnym, w trakcie której eko i bio biegają nago po scenie wygłaszając monologi, a ty zadajesz sobie pytanie, po co? Wzrusza cię gra aktorska trzech psów w pięknej, surowej scenografii. Jeszcze tylko słyszysz wśród desek teatru, a potem widzisz burzę na wrocławskim niebie, burzę, która pośrednio i na pewno niechcący powoduje stłuczkę. I jeszcze uradowana dziwisz się, jak można być wyluzowanym podczas deszczowej stłuczki, gdy niby nic się nie stało, ale gdybyś to ty była kierowniczką, pewnie wpadłabyś w lekką panikę. Noc, czasu zostaje na jazdę ze Srebrnej do domu, spokojnie , przed północą ruch jest niewielki, właśnie skończył się weekend, a ty czujesz, że chcesz dalej i jeszcze, i trochę się uśmiechasz, bo w głośnikach Dave i Tim i  The Maker
...A miałaś pisać o muzyce!

piątek, 31 maja 2013

Bardzo odjazzowy czeski wieczór

Mglisty, mokry czwartkowy wieczór. Kasia przyjeżdża na dawną granicę, ja przyjeżdżam też, krótka decyzja, którą sieną jechać dalej i żal, że Paula nie mogła. Już za moment wita nas tabliczka Broumov. Czeskie miasteczko pachnące średniowieczem, a mocno polukrowane barokiem. Ozłocona figura świętej na środku rynku, kolorowe kamieniczki, fontanna działa tylko dla nas, bo wokół tylko my. Idziemy brukowaną uliczką w poszukiwaniu dźwięków, które za rogiem jeszcze ledwo słyszalne zapraszają nas w benedyktyńskie, klasztorne mury, płyniemy wraz z nimi schodkami w dół. Znów święte figury, wokół barokowo, "na bogato", jak mówi Kasia. Kuta brama, za nią małe zamknięte patio i już słychać głośniej. W otwartych drzwiach przyklasztornej Dientzenhofer Kafe wita nas Blue in Green Milesa Davisa. Bezpretensjonalnie. Wchodzimy głębiej i już wiemy, że będzie miło. Jako kierowniczki sien zamawiamy Nealko, a ja po raz drugi postanawiam sobie kurs czeskiego. Lekki wieczór, wokół czeski miesza się z polskim, uśmiech oddaje uśmiech, pivo nie szumi w głowach, ale atmosfera podnosi w nas poziom luzu i jazzu. I nawet deszcz nie przeszkadza. Trzeba nam tu częściej. Paulo, poszukaj czasu dla nas, między oknami pasującymi do marzeń. Zajrzeć do benedyktyńskiej biblioteki, dotknąć rąbka kopii całunu, opstrykać wąskie, wysokie korytarze i znowu posłuchać Summer time w wersji czeskiej - wysoko wyluzowanej,

środa, 29 maja 2013

Walka Jakuba z Aniołem

Bywa, że po głowie błądzą anioły, kropla goryczy zamienia się w kałużę, a słońce wszystko oświetla radosnym promieniem.Podnoszę głowę. Trzeba mi w góry.

sobota, 11 maja 2013

Pomiędzy farby puszką a natchnieniem

Maluję, na razie w myślach. Wizualizuję kolory i strukturę, i końcowy efekt. Wyobraźnię ubarwia Fleet Foxes na przemian z Sigur Ros. Wygrywa w końcu Sigur. W swoich szaro-białych klimatach z emocjonalnym wybuchem fuksji zdecydowanie lepiej będzie pasował do kolorów pokoju. Do barw mojej duszy zapewne też. Gra "Salka" - gra moja melancholia. Fleet Foxes przenoszę na zewnątrz, wybiegam wraz z początkiem "Montezumy" , gdzie zieleń wybucha z gitarową kaskadą dźwięków porywających do biegu, na rower, na łąkę pełną stokrotek i mleczy. Byle tylko przestało lać! Na razie ja przestaję lać wodę i wracam do farb i stolika.

poniedziałek, 25 marca 2013

Sigur Ros jak objawienie

Uwielbiam odkrycia, które chwytają mnie za serce. A najbardziej kocham te własne, niby przypadkowo lub intuicyjnie wyszperane w różnych dziwnych miejscach. Wczoraj, przedwczoraj, dziś - bingo! Oczywiście ktoś uśmiechnie się zapewne, bo moje ostatnie odkrycie ma ponad dwadzieścia lat. Ale lubię antykwariaty, antyki, skanseny, lumpeksy, no i trzeszczące płyty. O islandzkiej grupie Sigur Ros słyszałam już niejedno dobre zdanie. Zdarzało mi się wcześniej przesłuchać ich pojedyncze nagrania na youtube, co często łączyło się z oglądaniem wysmakowanych videoobrazów. Niezapomniany pozostawał niesamowity głos wokalisty zespołu. Wysłuchiwanie utworów Sigur Ros z głośników komputera, czy radioodbiornika było w moim przypadku zwodnicze, nigdy nie sięgnęłam po całą płytę. Gdy wpadł mi w ręce i uszy dwupłytowy, koncertowy album "Inni" (2011) od razu poczułam, że żyję. Poczułam głębię dźwięków, usłyszałam niesamowite aranżacje, pełne fortepianu, organów- keyboardu, gitary i smyczków. Potem dowiedziałam się, że gitarzysta- wokalista gra po gitarowych strunach właśnie smyczkiem. Falsetowy vocal, który nie wychodzi z pamięci i przepiękne, balladowe kompozycje, niektóre wręcz z rockowym pazurem. Bynajmniej, nie usypiają, mogą zapewne uspokajać, ale dają energię, czuję, że żyję. Nastrój wznosi się to w słonecznej to w mrocznej przestrzeni pomiędzy wolnością, a tajemnicą. Słyszę odniesienia do Pink Floyd, Archive, Radiohead, moich ulubionych wszakże. Mogłabym tu jeszcze zachwycać się przez 30 linijek tekstu, pisać epitety, pieścić, snuć peany, ale po co. Przecież zawsze w moich wpisach najważniejsza jest muzyka. Czyżby nowa era na muziku? Przed i po Sigur Ros. Przeczytałąm na stronie grupy o nowym albumie Sigur, który ma się ukazać w lipcu. Tym razem pewnie nie przegapię, a tymczasem, czas pogrzebać jeszcze w dyskografii islandzkiej grupy.

sobota, 16 marca 2013

Zrozumieć Broad Peak

Poranek w towarzystwie Quartetu Tomasza Stańki nastraja pozytywnie do czasu podniesienia rolet. Za oknem tańczą płatki śniegu. W rytm Lontano i Dark Eyes nawet im to wychodzi. Biała zima w środku marca, zadymka i ziąb w mieszkaniu, bo znów zacięło się ogrzewanie. Spokojny poranek pozwala słuchać i myśleć. Powracam myślą do dzisiejszych, na wpół sennych rozmyślań o wyzwaniach, niewyobrażalnym zimnie, samotności i o pozostaniu w najwyższych górach tuż po wielkim zwycięstwie. Kilka dni temu dołączyłam do facebook-owej akcji zapal świeczkę dla Maćka i Tomka. To właśnie dziś wieczorem, o 22-giej płonąca świeczka przypomni mi pewnie inne, tak niedawne, zbyt wczesne, niepotrzebne ludzkie odejścia. Czytam o pożegnaniu, myślę o niezwykłej potrzebie i odwadze wchodzenia tam, gdzie nigdy nie dojdę. Zrozumieć pomógł mi Piotr Pustelnik na jednym ze swych autorskich spotkań. Podziw łączę ze smutkiem.

środa, 13 lutego 2013

Wędrując

Samotność służy moim wędrówkom i myślom wśród nich się snującym. Wyrywam się, by chodzić, biegać, zmęczyć się i czuć. Wędrowałabym częściej, gdyby się tylko czas poszerzył. Nierzadko pozostają góry w marzeniu sennym lub nocnych myślach. Plany na lato, że znów długie szlaki, znów miarowy oddech, ciężkie buty i krótkie spodnie, słońce i wiatr. A potem ten widok i przestrzeń! I poczucie wolności. Zapachu kosodrzewiny nie zapominam, tak jak zapomniałam setki szlaków, nazwy przełęczy, wierchów, dolin i górskich wsi na Słowacji. Myśli krążą wokół Tatr, a może Beskid, Pieniny? Na szczęście na co dzień są Sowie Góry, teraz we mgle zabielone, a jeszcze dni kilka pełne błękitu, srebra i ciepłych promieni. Wędrując dobrze znaną ścieżką wiem,że nie znudzi mi się to piękno nigdy. Chwytam kadry w aparacie - niezwykłe, zwykłe drzewa, krzaki, szlak i las. Iskrzące się wzgórza, nitki po nartach na stoku, miniaturowe autka w dole. Mignięcie myśli przywodzi dolinę gdzieś w Pieninach, jakże bliską, choć tak odległą. Przeglądam fotki, idę w marzeniach po białych kamieniach, przede mną szeroka, rwąca rzeka i głosy dzieciaków kąpiących się w lipcowym słońcu. Trzeba wysuszyć się na brzegu. Nie siadać i nie płakać.

czwartek, 24 stycznia 2013

Spacer po ogrodach



Chodziły dziś po dziwnym ogrodzie dziewczęta z irańskiego filmu "Kobiety bez mężczyzn". Ich piękne, zadziwione oczy spoglądały na ciemnozielone korony drzew, pełne prześwitów słońca, na konary i kępy traw. Słuchały irańskie kobiety gry cykad, świergotu ptaków , szumu maligny. Tęsknota, ból i bojaźń, i jeszcze coś nieuchwytnego w tym było. Ogród- dżungla-mokradło i strach.
Potem spoglądam niby przypadkiem, ale nic nie dzieje się ot tak, przypadkiem na kobiety hebanowe, z energią tańczące w ogrodzie pełnym słońca. Laura Mvula i jej tańczące kumpelki chcą uciekać z miasta dość mocno zabetonowanego. Nie dziwię się, że wybiorą Green Garden z drzewami jakby pożyczonymi z irańskiego filmu. Tylko nastrój zgoła na przeciwnym biegunie. Nie ma tu kobiet bez mężczyzn, ni onirycznej tajemnicy. Ciepło i światło słońca to samo. Jest impreza, jest energia i jest miło dla ucha. Co tu wybrać? Pójdę chyba w mroczną tajemnicę.