czwartek, 30 grudnia 2010

stary roku bye

Jak dobrze, że się kończy, niech jeszcze z nim odejdą te przenikliwe mrozy, które zabrały błogość mym paluszkom, odzianym w zbyt grube skarpety. Nawet wizja białego szaleństwa i lampka rubinowego napoju nie mogą rozgrzać moich przymarzłych myśli.Mam nadzieję, że w przyszłym roku będzie lepiej pod wieloma względami, przepuszczam przez uszy informacje o podwyżkach, przekrętach, bałaganach i ludzkich niegodziwościach, po czym wyrzucam to wszystko. Wizualizuję i hipnotyzuję się widokiem zielonej ukwieconej łąki, pędem rowerowych kół, ciepłym wiatrem i zapachem ogniska. A jutro? W ostatnią noc tego niedobrego roku? Niech będzie lekko sentymentalnie ale z prądem i szczerym śmiechem.
Niech 2011 będzie dużo lepszy - dla wszystkich !

piątek, 24 grudnia 2010

Świątecznie Życzę

Wszystkim, którzy tu zaglądają- kolorów w życiu, jak w wierszu Twardowskiego, świątecznych chwil- dźwięcznych i czystych, jak głos Ewy Małas



W kropki zielone

Jan Twardowski

Nie malujcie Matki Bożej w stajence betlejemskiej
stale tylko na niebiesko i różowo
z niebieskimi oczami
ni to ni owo

Tyle było wtedy w Betlejem złotego nieba
aniołów białych w oknie
pstrokatych pastuszków za progiem

Założę się, że ktoś świece zapalił
przed brązowym żłóbkiem
jak czerwoną lampkę przed Bogiem

Osiołek podskakiwał na czarnych kopytkach
wół seplenił w fioletowym cieniu
święty Józef rudych proroków kąpał
w srebrnym strumieniu

Nim Ci Mamusiu — myślał Jezus —
kupią koroną
lepiej Ci w zwykłej szarej bluzce
w kropki zielone

niedziela, 12 grudnia 2010

Devil`s highway na sudeckich drogach

Stało się! W końcu sprawiłam sobie zacny odtwarzacz w moim aucie. Dotąd w odpowiednim otworku był szumiąco-syczący sprzęt z odtwarzaczem kaset, których już nie posiadam, radio również niezbyt bywało słyszalne. Zatem teraz, od tygodnia, wsiadając do samochodu i przekręcając kluczyk mam piękne święto, bo wraz z owym kluczykiem nastają czyste dźwięki. Na początek zapuściłam płytę, której dawno nie słuchałam- soundtrack z filmu "My blueberry nights". I wyjąć jej nie mogę, bo płyta ponownie mnie zachwyca, powoduje, że przestaje mi się spieszyć, co jest bardzo korzystne przy obecnej, śnieżno- lodowej nawierzchni naszych lokalnych "highways". Może nie devil`s i jednak nie highways, ale jechać trzeba.
Niedzielny poranek, droga całkiem pusta, przede mną kilkanaście kilometrów do przejechania, by dowiedzieć się o "nihil novi" i księciu Siedmiogrodu, co znamienitym królem Polski został. Droga szaro-biała, powietrze podobne, płatki srebrzą się na szybie i znikają wśród oszronionych drzew. Jechać by się chciało zimową autostradą, gdzieś na Alaskę, skoro mróz i śnieg, i amerykańska ballada w tle. Przyszło do mnie skojarzenie z "Przystankiem Alaska", choć film "My blueberry nights"- w zupełnie innym klimacie, o czym rok temu już pisałam.
A zatem:
Hello Stranger - Devil's Highway


czwartek, 2 grudnia 2010

zimowy Sting do białego puchu

Od dwóch tygodni słuchałam sobie symfonicznego Stinga -tegoroczna płyta "Symphonicities" nagrana z Royal Philharmonic Concert Orchestra. Bardzo przyjemna porcja przebojowego Stinga w spokojnej symfonicznej aranżacji. Krytykowany za "odgrzewane kotlety" Englishman całkiem mnie zadowala. Miło jest posłuchać czegoś od lat lubianego, starego i odświeżonego równocześnie.
Przyszedł grudzień, dziś płytkę zastąpi zeszłoroczna "If on a winter's night" Stinga, czyli staroangielskie, okołoświąteczne ballady i kolędy, również z gorliwością krytykowane, jako usypianie, przynudzanie i dziwactwo starszego pana. Mnie bardziej niż do wypasu owiec płyta ta pasuje do ciepłego kominka, zaśnieżonego krajobrazu za oknem i tańczacych płatków śniegu, co w tej chwili właśnie się dzieje. A starszy pan? Cóż, jak dla mnie ma prawo eksperymentować i zapuszczać brodę, lepsze to niż udawanie żwawego, skaczącego rockmana w wieku lat prawie sześćdziesięciu.

poniedziałek, 29 listopada 2010

w zły sen uwikłanie

Rzeczywistość wymknęła się spod kontroli, zamieniła się w noc pełną gorzkiego zdumienia, nie byłam nigdy aktorką, być nie zamierzałam, a tu- gram w psychodelii. Cóż... nawet pisać się nie chce lub chcieć przestaje. Czuję się jak we "Śnie" Edyty B. Ale to minie, zapewne. W duchu tkwią we mnie optymistyczne zapędy.

czwartek, 18 listopada 2010

cicho sza-szaro

Szare godziny, szare nocki, szary świt i mgła, do tego jeszcze lubię ubierać się na szaro... Dni się zlewają...właściwie tydzień mógłby być jednym długim noco-dniem. Zastój jakiś. Ostatnio jedyna rozrywka to wieczorne śledzenie losów  Taborytów albo domniemywanie co się naprawdę wydarzyło pomiędzy Bolesławem Śmiałym i biskupem Stanisławem, rzekomym zdrajcą...? Już nawet cynik House mnie z lekka nudzi? W tle brzęczy szklana pogoda, zgrabne dowcipy doktorka jeszcze wyłapuję. Chce mi się w góry – jak kiedyś, trochę wstecz (I wzwyż. Issa- zazdroszczę.). Cóż, dwulatki do plecaka nie wcisnę, z resztą… praca, aura, studia.  Gnuśność moją górą.
Tańczę ze słodziakiem popołudniami przy energetycznej Caro Enerald, małą to niezmiernie bawi, mnie daje poczucie, że aerobik niepotrzebny. Trochę kanciaste wygibasy.Może jednak przydałby się kurs tańca?
Dzięki Simon, Jazzowa za polecenie Caro- choć odrobina żywotności pomiędzy szarym, a szarym.

Lubię patrzeć na ten barwny videoklip. Przeciwwaga dla mej szarugi.

piątek, 29 października 2010

Feist - nastrój się pozytywnie

Przy jej lekko schrypniętym, przyjemnie ciepłym głosie nie da się inaczej, jak tylko pozytywnie. Zwłaszcza, że dziś piątek, dłuższy weekend w tle, słońca nie brakuje, wolnego czasu trochę więcej. Pisałam już ostatnio, że wolny czas skurczył się mi niemiłosiernie. Nawet na przegląd ulubionych muzycznych stron czasu nie wystarcza. Nie narzekam, bynajmniej, nawet praca, mi nie doskwiera, dni przelatują po prostu niepostrzeżenie. Wygrzebuję "starą" ulubioną Feist, bo nic nowego nie pobrzmiewa ostatnio w moich uszach. Może ktoś odkrył ostatnio jakąś nową muzyczną perłę?

czwartek, 28 października 2010

Kiedy opadaja liscie

 Jesień w tym roku galopuje obok mnie. Widać to po moich blogowych wpisach, albo ich braku. Ścienny kalendarz, ledwo omiatany wzrokiem dziś zaliczył mały wpis na październikowej stronicy, a tu już listopad cichcem zagląda. Zupełnie nie zauważyłam corocznych sprzedawców zniczy. Dobrze, że dostrzegam jeszcze dywany liści w parku. Powrót do pracy, kolejne studia, młode dziecię, stare dziecię... Obowiązki, dyżury, pomysł na, hugenoci, zepsuty projektor i bukszpan przez sz koniecznie. W domu cisza. Albo Noddy. Nieczas na muzykę. Przerażające. Dobrze, że tylko czasami. Dobrze, że małe dzieci słodyczą zniewalają duże mamy.

środa, 8 września 2010

acid relaks

Czas letniego lenistwa, powolnego nicnierobienia i nicnieplanowania niechybnie minął. Rozpoczął się czas pośpiechu i  wieczornego relaksu, czyli zasypiania po sześciu linijkach książki, dziesięciu minutach filmu, czy połowie kolumny gazetowego tekstu. Do tego relaksowania - zasypiania bardzo pasuje mi acid, czy też smooth jazz. Lekko ściszony. Ziew. Dobranoc.

wtorek, 17 sierpnia 2010

Nie ma deszczu Perseidów, jest Nina.

Gdzie się podziało przyjazne słońce, mój dawca energii, rozpromieniacz umysłu, podnośnik kącików ust? Mżawka zamiast deszczu Perseidów. Kasjopeja i Andromedy ukryte przed ludzkim okiem grubą warstwą ołowiano-siwych chmur. Nie chcę jeszcze nawet myśleć o jesieni, choć to, co za oknem i to, co dziś w metryce, nieopatrznie, od wczesnego poranka skierowało mnie ciut w stronę cienia, do wyblakłych kart prawie czterdziestu kalendarzy. No cóż...wciąż trwa lato, wakacje, do jesieni jeszcze szmat drogi. Niezmiennie pozostają energetyczne, ożywcze i przyjazne dźwięki. Cudowne, niesamowite, niezapomniane głosy. Muzyka na dzień, noc, wieczór, poranek. Na radość i smutek, relaks i zmęczenie. Na zawsze.
Moja ulubiona piosenka w wykonaniu Niny, urodzinowy samoprezent :-D

wtorek, 10 sierpnia 2010

Summer jazz

Cantaloupe Island Herbiego Hancocka. Żywy, rytmiczny, porywający. Zachęcający do jazzowych improwizacji kawałek od dawna kojarzy mi się z wakacjami, jazdą samochodem lub letnią imprezą z procentami. Niezależnie od słuchanej wersji, czy to oryginalnej Hancocka, czy Tria Pata M, czy też w funkowych aranżacjach - US3, polskich Funky Fruit, The Crackers Band ... zawsze lato, zawsze funk, zawsze jazz. Poniżej dwie wersje utworu, które mnie podobają się najbardziej. W pierwszej - trąbka Freddiego Hubbarda - mistrzostwo! Druga wersja - nieco wolniejsze tempo, jakby bardziej smooth, elegancko!



poniedziałek, 2 sierpnia 2010

Sierpień... Krzysztof Kamil... Grzegorz

"Znów wędrujemy ciepłym krajem,
malachitową łąką morza.
Ptaki powrotne umierają
wśród pomarańczy na rozdrożach.
Na fioletowoszarych łąkach
niebo rozpina płynność arkad.
Pejzaż w powieki miękko wsiąka,
zakrzepła sól na nagich wargach.
A wieczorami w prądach zatok
noc liże morze słodką grzywą.
Jak miękkie gruszki brzmieje lato
wiatrem sparzone jak pokrzywą.
Przed fontannami perłowymi
noc winogrona gwiazd rozdaje.
Znów wędrujemy ciepłą ziemią,
znów wędrujemy ciepłym krajem."


niedziela, 11 lipca 2010

Manu Chao - Manu dwa


Kolorowa strona zespołu pasuje do letniej kaniukuły. Czytam, że grupa wydała koncertowy album "BAIONARENA - LIVE CD + DVD", ja jednak w czas wakacji najchętniej wracam do La Radioliny (2007), czasem do Clandestino (2003). Szczególnie lubię teledysk do Me Llaman calle, piosenki z Radioliny. bezpretensjonalny filmik pokazuje, że każdy może znaleźć trochę radości i dobrej zabawy, w różnych chwilach życia:

piątek, 9 lipca 2010

Manu Katché, So groovy i już

Smakujemy Lato. Wygrzewamy się w słońcu, wdychamy zapachy koszonej trawy i kwitnących jaśminów, nurkujemy w poszukiwaniu już ostatnich truskawek, z utęsknieniem wyczekujemy na pierwsze dojrzałe maliny. Litrami chłepcemy wodę i inne trunki, z lubością skrywamy głowy w cieniu. Wieczorami, w otwartych oknach rześkie od gór i lasów powietrze daje odetchnąć. Och! chwilo trwaj i trwaj. Zapominamy o problemikach, niesłownych ludziach, bezdusznych urzędnikach, popsutych pojazdach Kłopoty- uciekajcie od nas precz! Na deser zjemy kolejną porcję lodów i posłuchamy Manu Katché z zespołem.
Z całą stanowczością stwierdzam, że wybieram skwarny upał nad niskie temperatury, mgły, chmury i wszelkie zjawiska, które, dzieją się zimą, późną jesienią i wczesną wiosną. Z podniesioną twarzą (zakrytą okularami i filtrem -50) zniosę kolejny dzień z +30. Z pomocą wieczornego "alfresco" i Manu. :-D

wtorek, 15 czerwca 2010

Soulowy duet na słoneczne dni

India Arie, amerykańska gwiazda neo-soul i R&B-sa, wykonawczyni czterech solowych płyt od dość dawna porywa mnie słonecznym soulem. Dziś dołączył do niej Raul Midon. Za sprawą wpisu przeczytanego na http://guitarsstreet.blogspot.com/2010/05/pyta-tygodnia-raul-midon-synthesis.html posłuchałam trochę Raula i jak to zwykle bywa skacząc po youtube znalazłam znany z mojej ulubionej płyty Indii.Arie Acoustic soul utwór Back to the middle wykonywany w duecie z Raulem Midonem.
Wiecej o Raulu na wspomnianym wyżej guitarsstreet.

piątek, 4 czerwca 2010

Lisbon story i Madredeus

Film - sjesta, w którym akcja snuje się krętymi uliczkami, ogrzewana słońcem i piękną nieśpieszną muzyką. Lisbon story Wima Wendersa obejrzałam kilka tygodni temu i już kilkakrotnie do niego powróciłam. W szczególności do portugalskich pieśni w wykonaniu grupy Madredeus inspirowanych fado. Połączenie pięknego, czystego sopranu i niebanalnej, przyciągającej urody Teresy Salgueiro, świetne kadry i ujęcia w filmie sprawiają, że chce się do nich wracać. Niewypucowana, lekko odrapana, słoneczna Lisbona z obrazu Wendersa staje się bliższa i nieobca. Pewnie to za sprawą zdjęć kręconych głównie w najstarszej dzielnicy Lisbony. Położona na wzgórzach Alfama wspina się wąskimi uliczkami, kamiennymi zakamarkami, krzywymi schodkami. Powiewa sznurami suszonego prania, dźwięczy podwórkowymi odgłosami dzieciarni, pachnie rzeźkm wiatrem od rzeki Tag. Chcę zabrać trochę tego ciepła i słońca do siebie. Muzykę już mam.



wtorek, 1 czerwca 2010

Paper moon i The Mantles

Mamy Dzień Dziecka. Dziś więc w roli głównej mała dziesięcioletnia Tatum O'Neal w oskarowej roli. Zagrała wraz ze swym ojcem Rayanem O`Nealem w filmie, którego się nie zapomina. Oboje zagrali kapitalnie.
Paper Moon, stary amerykański film z 1973 roku, w reżyserii Petera Bogdanovicha. Filmowa ballada pełna świetnego humoru i pogodnego nastroju. Dziwne, bo obraz sklasyfikowano jako tragikomedię. Chyba dlatego, że pierwsza scena filmu to pogrzeb matki małej Adele. Dla mnie to pełen uroku film drogi. Dziewięcioletnia, rezolutna dziewczynka, która wie, czego chce, przystojny kombinator, próbujący dorobić się na wciskaniu ludziom kolorowych wydań Biblii, stary kabriolet, droga przez niezaludnione przestrzenie Ameryki, małe, niepiękne miasteczka i takież motele. Oczywiście w filmie emocje i uczucia są najistotniejsze. I to, że kończy się on tak, jakbym tego chciała... z lekkim niedopowiedzeniem.

ps.Utwór grupy The Mantles doskonale wpisuje się w klimat filmu, a mała Adelle nie paliła na planie prawdziwych papierosów, ale skręty, podobno z sałaty!


niedziela, 23 maja 2010

Aga Zaryan w słońcu.

Słoneczny dzień, prawie letni nastrój. Tworzę mały przegląd Agi Zaryan na niedzielne przedpołudnie, albo popłudnie.
Ten mixpodowy zestaw to tak naprawdę ściema. Nie lubię przecież słuchawek w uszach. Wolę, by dźwieki krążyły wokół mnie, odbijały się od ścian, wypełniały miękko wnętrza. Bynajmniej, jadąc na rowerze, czy spacerując w wiosennej aurze słyszę krążące dźwięki- terkoczący łańcuch, skrzypiące koło, wesołe warkoty ogrodowych kosiarek i samochodowych wycieczkowiczów, okrzyki dzieci na boisku. Jeśli zechcę posłuchać Agi w słońcu, mając wiatr we włosach ( i lekki poświst w dziurkach od kasku) nie obędzie się jednak bez słuchawek. Zaczęłam zabawę z mixpodem, ale czy wykorzystam moje playlisty? Pewnie pozostaną w komputerze i na blogu.
Poniższa kolejność utworów nie jest rankingiem, tak się jakoś wgrało, same piękne utworki Agi Zaryan:

1.Looking Walking Being

2.Live At Palladium Medley

3.What Is This Thing Called Happiness

4.Throw It Away

5.Miłość


MusicPlaylist
Music Playlist at MixPod.com

poniedziałek, 10 maja 2010

Wyszła płytka z boru, hej


Słuchałam dziś zeszłorocznej płyty Infinity. To czwarty, studyjny album Kapeli ze wsi Warszawa
Płyta z gośćmi, których cenię: Tomasz Kukurba z Kroke, Natalia Przybysz z Sistars, Jan Trebunia Tutka. Jest nowoczesna, a zarazem pachnie etnografią, ożywia, orzeźwia, sprawia że chce się tańczyć z przytupem, ale i przenosi mnie gdzieś w okolice "Pieśni Nowaka" Grechuty. W nieskończoność – ad infinitum.
To jedna z płyt mojego zeszłego lata. Gdy jej dziś słuchałam zapachniało sianem, słońcem, malinami i grzybami. Rozgrzana ziemia, ciepłe powietrze i córeczka słodko śpiąca w kołysce... Jestem mocno ciepłolubna. Tęsknię do zapachu łąk i słonecznego lata, jak zapewne większość. Mam nadzieję, że tegoroczne letnie miesiące nas nie zawiodą.
Cytując Wojtka Krzaka, (wraz z Mają Kleszcz- twórcę i producenta płyty)..."właśnie narodziny małego człowieka stały się bezpośrednią inspiracją i przyczynkiem do powstania tego albumu. Są wtedy takie momenty, gdy leżąc obok obserwujesz jego oddech zaczynasz częściej wracać myślami do tych niezliczonych, bezimiennych pokoleń nas poprzedzajacych..."
Samplemix na myspace:
www.myspace.com/warsawvillageband

"Półtorej godziny":
Kapela Ze Wsi Warszawa - 1.5h

"Poznałem"
Poznałem

środa, 28 kwietnia 2010

Moje miłe panie


Wiem, że marzec już odpłynął daleko. A mnie nagle wpadła do ucha "Waters of March".
Cóż, pasuje do obecnej aury jak ulał. Jak miło, lekko, wiosennie! Jak słońce i obłoki ostatnich dni. Jak niedawne krótkie rowerowe przejażdżki. Jak zieleń, która nareszcie wyskoczyła nie tylko z trawy.
Susanne Vega i Stacey Kent- w popularnej bossa novie Jobima, anielskie głosy, śpiewają niby mimochodem, a chce się płynąć. Obie panie jak zwykle w formie.

wtorek, 13 kwietnia 2010

Bywa

Drobne kłopoty, zwykłe codzienności spowodowały, że po raz pierwszy od trzech dni zapomniałam na chwilę o tragedii z soboty.
Pechowo się zaczął dzień! Najpierw pierdyknął elektryczny czajnik, wylał się wrzątek, więc okrzykiem obudziłam wszystkich, którzy jeszcze spali w liczbie jeden. Zaraz potem zepsuł się piec CO, przez co nie było ciepłej wody ani ogrzewania. Potem przez okno zobaczyłam, że po raz drugi w odstępie kilku dni jakiś złodziejaszek wywalił dziurę w płocie mojego ogródka, żeby wynieść przez nią swoje łupy z pobliskich przylegających do mych "włości" magazynów. Trzeba było zawiadomić pana dzielnicowego i przeprowadzić razem z nim małą obdukcję ogródka i ogrodzeniowej siatki Potem były jeszcze jakieś nerwowe telefony i nareszcie pakując szkodnika, wyrwałam się z domu na wieś, do przyjaciół. Ulga. Wierzę, że 13-sty trwa tylko połowę dnia. I że wkrótce będziemy mieć ciepłą wodę. To takie przyziemne, ale prawdziwe. Po prostu życie. Wracając z Łomnicy w radio usłyszałam Release me. Dźwięczy mi w uszach do tej pory:

czwartek, 8 kwietnia 2010

Portishead

Zasnuty, oniryczny kawałek Portishead. Ostatnio coraz rzadziej wracam do ich muzyki, co nie znaczy, że odpłynęła zbyt daleko ode mnie. Płyta "Dummy" jest w mojej pierwszej dziesiątce, może pozostanie na zawsze? "The rip" z płyty Third odnalazłam na rewelacyjnej ścieżce dźwiękowej do filmu "Palermo shooting". (O soundtracku i filmie - kiedyś tu się wynurzę).
Kawałek Portishead tkwi we mnie zawsze. Takie moje "witaj smutku"

poniedziałek, 5 kwietnia 2010

Truskawkowe Wino w duszy gra

O filmie Wino truskawkowe już kiedyś wspominałam. Niewybaczalnie pominęłam fakt, że do tego świetnego obrazu muzykę skomponował Michał Lorenc. Jak przeczytałam w komentarzach do filmu- soundtrack nie został wydany, pozostaje zatem you tube z kilkoma klipami. Klimat lorencowski- przestrzenny, powietrzny, drgający. Folklor ze smutkiem, dusza ze swą ulotnością, zamyślenie, poszukiwanie, natura, góra. Gdy słucham tej muzyki, nieodparcie powracają kadry z filmu "Bandyta". To dobrze, bo tamtej ścieżki muzycznej nie da się zapomnieć.

sobota, 27 marca 2010

Cassandra na wieczór i nie tylko


Zacznę od tego, że bardzo podoba mi się okładka tej płyty. Jest w niej coś świeżego. Zielona trawa? Jasny strój Cassandry? Tiulowa sukienka? Wszystko razem, nawet czcionki z napisami przyciągają wzrok, są wysmakowane. Jeszcze bardziej zachwycam się tym, co płynie z głośników. jak zwykle z resztą, gdy słucham płyt Cassandry. Jej niepowtarzalny, ciepły, głęboki, niski głos. Klimat jaki tworzy artystka trudno mi opisać słowami. Po prostu chce się jej słuchać, słuchać i słuchać. Płyta to niby nic nowego, znane przeboje takich muzyków jak Neil Young, Sting, U2, Cyndi Lauper, czy Bob Dylan, które pani Wilson śpiewała już kiedyś na swoich siedmiu innych płytach. Covery tak zaaranżowane, że nie zestarzeją się nigdy. Atmosfera, układ utworów, ich dobór powodują, że wsłuchuję się w zupełnie nową płytę. Jest klimatyczna.

sobota, 20 marca 2010

Nina Simone i potrzeba posiadania pianina

Ścieżkę dźwiękową czeskiego filmu Sekrety/Tajnosti (2007) wypełnia Nine Simone. I bardzo dobrze, głos i muzyka dodaje zdecydowanie kolorytu temu obrazowi. Podobnie też kilka ciekawych ujęć i kadrów w zakamarkach Pragi. Historia Julii, czterdziestolatki, która materialnie posiada już prawie wszystko, brakuje jej tylko pianina. Ta nagła potrzeba posiadania instrumentu przychodzi z chwilą, gdy w telewizji podają wiadomość o śmieci Niny Simone. Julia w młodości grała na pianinie, znajduje idealne w antykwariacie, z osobliwym młodym właścicielem... A tytułowe sekrety? Uczucia, emocje, które jakby gdzieś wyparowały z życia bohaterki. Pustka. Pomimo męża, kochanka, dorastającej córki...Głęboko skrywane decyzje, które trzeba szybko podjąć. No i właśnie o tym jest film. I jest niezły, i niesie pewne dość częste przesłanie o wpadaniu w doły, dziury i wychodzeniu z nich razem lub osobno. W szkolnej skali ocen daję czwórkę z plusem, duży plus za Ninę.

poniedziałek, 15 marca 2010

Pogodowy miszmasz

Przed chwilą świeciło piękne słońce, teraz sypie śniegiem. Tak dziś po raz czwarty albo piąty od rana. Posprzątałam śnieg ze schodów przed domem, żeby nam się nogi nie połamały, teraz znów są białe. Dobrze, że nie byłam zbyt ambitna z odśnieżaniem garażu. Mix dzisiejszej aury wprawia mnie w lekkie osłupienie. I tak ma się mieszać jeszcze przez dni parę. Na szczęście nie psuje mi to nastroju, tym bardziej, że poprawiam go sobie tym oto ciepłym videoklipem:

Przypominają mi się filmy Pod słońcem Toskanii, Ukryte pragnienia, czy Pod słońce .... Cieplutko...lubię ciepło :)

piątek, 12 marca 2010

Leżąc i rozmyślając


Tak, zdarza mi się leżeć i rozmyślać, w tle zazwyczaj jakaś ulubiona snuja. Mała smacznie śpi, z lubością raczę się kawą, a uszy smakują Used Songs Toma Waitsa, album z 2001, na którym same rarytasy, wybrane z pierwszych siedmiu płyt Waitsa. Kawa gorzka i nie trzeba cukierka. Wystarczy wytrawny Waits.

środa, 10 marca 2010

Czeskie wieczory


Jako, że mieszkam w pobliżu Czech- często tam bywam, bo lubię. Zamki, pałacyki, narty, knajpki, skałki, górskie wycieczki, odkrywanie chędogich czeskich miasteczek- uwielbiam. A zamieszkanie w Czeskim Krumlowie - moje marzenie! Kino czeskie cenię od dawna. Właściwie od dziecka, kiedy moim ulubionym serialem była czeska komedia "Pod jednym dachem" (Chalupażi), no i z upodobaniem śledziłam losy "Kobiety za ladą":);) Mój powrót do czeskiego kina zaczął się kilka miesięcy temu, po obejrzeniu "Samotnych" Davida Ondříčka i "Butelek zwrotnych" Jana Svěraka. Oba filmy super. Ostatnio spotkałam pewnego czechofila i dzięki niemu porządnie uzupełniłam swoją kinotekę czeskimi i słowackimi produkcjami. I jestem pod ogromnym wrażeniem. "Rok diabła" Petra Zelenki oglądałam dwa razy- wieczór po wieczorze, kiedy to piszę w tle gra ścieżka dźwiękowa do tego filmu. I nie tylko główny bohater, Jarek Nohavica sprawia, że film jest niesamowity! Z filmów ostatnio obejrzanych polecam:

Szczęście.Stesti (2005) reż.Bohdan Sláma

Grandhotel(2006)reż.David Ondříček

Gnojki. Smradi. reż.Zdeněk Tyc

Szeptem.Septej.(1996) reż.David Ondříček

A ze słowackich produkcji- kapitalny, malowniczy:
Ogród_Zahrada(1995) reż.Martin Šulík.
Zapomniałabym o polsko-słowackim obrazie "Wino truskawkowe" - scenariusz na podst. Opowieści galicyjskich Stasiuka. Świetny film Dariusza Jabłońskiego, o którym w Polsce niezbyt głośno. Główną rolę gra Jiri Machacek, znany z filmów Zelenki.
Dlaczego tak się rozpisuję, zachwalam i polecam czeskie i słowackie kino? Bo po obejrzeniu tych filmów, mam je nadal w głowie, bo są rzeczywiste, bliskie życiu, a jednocześnie częstokroć mają zakręconą poetykę i humor, który mi pasuje zdecydowanie bardziej od dowcipu naszych rodzimych komedii. Mam jeszcze filmotekę na marcowe i kwietniowe wieczory. Pooglądam, posmakuję, napiszę :)

sobota, 27 lutego 2010

Wychodzimy z zimy....

Na razie delikatnie i niemrawo, powoli i beznamiętnie - odczuwam przedwiosenne przedbiegi. Nie łudzę się, że nadchodzi wiosna. Szczególnie tu, gdzie żyję, lepiej nie rzucać się z radością na pierwsze wiośniane słońca olśnienia. Pachną ułudą. W oka mgnieniu słońce zakrywa ołowiano-bura chmura, z której spada coś białego, dziwnie oczom znanego, które to w grudniu z radością białym puchem nazywałam. Na szczęście to białe coś roztapia się na ziemi dość szybko, na nieszczęście- częstokroć zmieniając nasze podwórko w błocko. Przesilenie wiosenne we mnie trwa (kiedyś wyczytałam, że zaczyna się w lutym), więc oszczędzam energię. Leniwie posłuchuję Milesa albo Johna Coltrane`a...
A w ogóle to niech przychodzi już ta wiosna!


piątek, 5 lutego 2010

Jak to z Krokiem i ze mną było

Krakowski zespół Kroke, znany przede wszystkim z wykonywania muzyki klezmerskiej w jazzowym brzmieniu. Odkryłam zespół przypadkiem, słuchając i oglądając klipy z Nigelem Kennedym na you tube. Ich muzyka wpadła mi od razu w ucho i tam już pozostała rozbudzając zainteresowania muzyką klezmerską.

... poniżej więcej klimatów klezmerskich w muzyce i ciekawy klip z księżycem w roli głównej:


poniedziałek, 25 stycznia 2010

Nick Cave, posłucham, wyluzuję

Czas się wyładować. Szkoda słów, ale i szkoda nocy. Prawie cały dzień byłam wkurzona,bezsilność wobec nieuleczalnych egocentryków-manipulantów popsuła mi nastrój, więc teraz musi być coś mocnego, takie zakończenie wieczoru, aby przejście w noc ostudziło moje negatywne emocje.


niedziela, 24 stycznia 2010

ocieplamy podgrzewamy

Na dworze minus 15, w domu niby ciepło, ale świadomość mocno minusowej temperatury powoduje potrzebę dodatkowego ocieplenia się, nawet przesiadując w domu.

Aby podgrzać mróz: podkręcić ogrzewanie, dorzucić do kominka, zapalić świece, ubrać sweter, ewentualnie ciepły polar i grube skarpety. Koniecznie popijać drobnymi łyczkami grzane piwo, wino lub herbatkę z dodatkami. Czy to wystarczy? Nie, brakuje jeszcze czegoś na uszy i nie chodzi mi tu o czapkę czy nauszniki. Dziś ogrzeje nas Tomasz Stańko Quartet



niedziela, 17 stycznia 2010

Nie zawsze wracam.

To było dość dawno, ale w taką zimę jak teraz obrazy powracają, a z nimi dźwięki. Grudzień, styczeń 2002. Gęste, padające płaty śniegu, wiatr, biel i szarość, chłód i gwałtowne wykradanie ciepła- słuchałam wtedy Bel Canto- płytę tamtej mroźnej zimy sprzed lat, muzykę, która woziła się z nami w samochodzie i pobrzmiewała wśród ginących na szybie płatków. Norweska grupa, polska norweska zima. W moich uszach wciąż Bel Canto.


Od tamtego czasu Bel Canto odeszło w zapomnienie. Nie miałam potrzeby ani okazji na kolejne płyty. To była jedna płyta jednej zimy. Zamarzła. Odnalazłam dziś ową grupę na you tube. nadal grają. Posłuchałam kilku utworów. Nadal mrożą... Ale wystarczy.

czwartek, 14 stycznia 2010

od Milesa do Milesa

Tutu i Siesta - pierwsze dwie płyty, od których zaczął się u mnie Miles, często do nich wracam. W ogóle, gdy nie wiem co, wracam do Milesa...