niedziela, 26 kwietnia 2015

Sto lat



Mniej, czy więcej, sto lat, może sto pięć, może tylko trzy? Tempo nierówne, nigdy nieunormowane - normalka! Czasem czas przemyka, to znów snuje swoje godziny. Chwile przelatują i znów wkurzam się na niedokończoną książkę, nieprzebytą drogę, albo na przerwany sen. Godziny snują się, a ja chcę wtedy do przodu. Dokąd i po co? To również minie. Nie czekam, więc. Patrzę na rzekę- rzeka płynie i będzie płynąć dalej, a my z nią.
Sto lat, wszystkiego najlepszego ;)


czwartek, 9 października 2014

Z tobą myśleć





O czym myślisz w tym momencie, spytałam. I już wiem, poniekąd, lub sądzę że wiem. W jesiennym, miękkim świetle i takim mglistym, ale ozłoconym zapachu liści krążą nasze myśli. Ostatnio bardzo szybko radzą sobie z tym tysiącem kilometrów w dużym hakiem. Niektóre pasują do nas, niektóre są na wyłączność i takie już pozostaną.

sobota, 6 września 2014

Czemu wciąż jest czwartek?

Skrawek lata pozostał tylko w kalendarzu. W zasadzie to nikt już go nie czuje. Tak skrada się jesień. Dość daleko do zimy, jeszcze szarugi, mgły i deszcze, ale gnębiąca zwykle późnojesienna melancholia, nie ma szans. Tęsknię za śniegiem, czystą bielą, iskrzącym mrozem i ciepłem kominkowym. I jeszcze tęsknię. Chcę, by złota polska przeleciała jak ogień. Robię czarno- białe zdjęcia, sroki, zebry i pandy przyciągają mój wzrok. Czwartki wloką się niemiłosiernie, a za nimi jeszcze piątki. Przychodzi weekend i kolejny tydzień zaliczony. Słucham Kombajnu... na przemian z Pogodnem i uśmiecham się co chwila pogodnie nastrojona, w czystym czarno- białym umyśle od dawna nie było tak spokojnie.

środa, 6 sierpnia 2014

O matko! I tak bez muzy?




Svanetia, Kaukaz. Nie wiem jak wygląda raj, ale może przypominać tę krainę w Gruzji. Powiedzenie "przeszłaś samą siebie" może pasować do kilkudniowego trekingu. Bo przeszłam. I albo tak mało o sobie wiedziałam, albo to nie było takie trudne, jak się zdawało? I nawet nie pamiętam, co mi w duszy grało na szlaku z Mestii do Uszguli. Coś bardzo przestrzennego i powietrznego pewnie. A może jakaś ballada? Może dzwonki wody i powietrza?
Dwa tygodnie, jak wyjęte z marzeń.  Melanż soczystej, ciemnej zieleni ze skalną ośnieżoną granią mieni się w oczach do dziś. Ogromne stoki, które wyglądają z dala jak porośnięte trawą, a przy bliskim poznaniu jawią się tysiącem wielobarwnych kwiatów, tych znanych i takich zupełnie nowych,kosmicznych jakby, a zamiast naszej tatrzańsko - karkonoskiej poczciwej kosówki- rododendrony i azalie. Arboretum na 3 tysiącach metrów, w pełni słońca, z szalonym błękitem i bielą obłoczków nad głowami. Najpiękniejsza była dzikość i brak ludzi, i brak telefonu, internetu, medialnej papki. Poranek z kąpielą w źródle aż nadto orzeźwiającym umysł, maseczka z kwietnej rosy na twarz, nieczekanie na nic. Pyszne jedzenie, takie samo zapewne jak przed wiekami, nieskażone niczym pomidory, ogórki, sery, śmiało posypywane świeżą kolendrą i swanecką solą- aromatyczną mieszanką przypraw. I przypominające pizzę chaczapuri i kupdari, ciepłe placki, które na śniadanie, obiad kolację smakowały wpierw wyśmienicie, a w kolejny i kolejny dzień z lekka pachniały nudą. I setki kamiennych wież, wioski z kamienia i drewna, poopuszczane domostwa z czasem zatrzymanym wieki temu. Nieliczni Swanowie, którzy tu pozostają i żyją w mieszaninie błota z kamieniem, pustki z krowim łajnem, bardzo życzliwym okiem na nas Polaków spoglądali, bo i pogadać można- po rusku ciut ciut, napić się czaczy, szkoda, że my chcemy ciut- ciut, a może troszkę grosza zostawimy, a jak nie to chociaż trochę powiewu innego świata, znacznie lepszego i droższego w ich mniemaniu.
  Dobrze, że przy wspominaniu, zwykle w głowie jako pierwsza jawi się sielanka. Po niej przychodzą schody, w przypadku Svanetii - piętra gór pokonywane z ciężkimi placakami, krok po kroku, do przodu, wzwyż, na przełęcz,  na sam szczyt. Było zmęczenie, ból mięśni, strach przed zanurzeniem się w lodowatej rzece płynącej z lodowca właśnie, a mostku nie uświadczysz, bo po co? Byliśmy wszakże na kaukaskim szlaku, po którym chodzą nieliczni zapaleńcy, więc farby  na niego szkoda. Krowy i byki deptały swoje tajne ścieżki, z których nierzadko korzystaliśmy, mając cudowną wiarę, że się uda, że trafimy, że Bóg nad nami czuwa, a jego oczy ufnie wodziły za nami ze ścian maleńkich cerkiewek. Były kompletnie przemoczone ciuchy, wilgoć w plecaku a pod koniec, przy pokonywaniu ostatnich trzytysięcznych pasm i przełęczy, kompletne załamanie pogody zmieniające nas w totalnie przemoczone ludziki, wystraszone przewalającymi się wokół burzami, trzaskającymi piorunami i niewidomą celu ścieżką, po ciemku szukające ludzkiej siedziby. Znalazła się. Jak każda trudność, powoli rozsupływała się przed nami, tak i dach nad głową i rozweselająca czacza, i ciepła strawa i ponownie słońce o poranku. Było jeszcze wiele... przeróżnych ludzi, barwnych rozmów, przywiązujących się psów w tempie ekspresowym, zachodów słońca nad Szcharą, cykad i wież z kamienia. Tych ostatnich było najwięcej. A ja tak lubię wieże! ;)







wtorek, 17 czerwca 2014

Łyk powietrza

 Zakochać się w Tatrach i przeżyć. Chyba się udało? 
Przechodzić przez życie, mając tamte góry w głowie, w oczach, w myślach. Trwający, trwały sentyment zrodzony poprzez najmilsze chwile młodości. Piękno jest po to, aby zachwycało, wierzchołki gór dają wolność choć na chwilę. I możesz już patrzeć na wszystko z góry, przed chwilą zdobytej. Nic więcej nie potrzeba do szczęścia. Taki piękny moment! 
Setki tatrzańskich kadrów, wszystkie skrzętnie poukładanie w przegródkach umysłu. Budzą się nieraz we śnie: stukrotnie wydeptane ścieżki, przejrzyste tafle granatowej wody, nowe kamienne kopczyki na niewidocznych szlakach. Momenty złożone z najróżniejszych przeżyć: zapach skały, mchu, wody, zapach strachu, kołysanie liny, brzęk karabinków, przestrzeń pod stopami, zmęczenie, zaufanie i miłość. Wszystko przewiewa chłodny wiatr. 
Wszystko mija, jednak pamięć zatrzymuje chwile i poczucie, że wrócę, jeśli nieraz nie po drodze, wrócę, kiedyś, znów...








wtorek, 27 maja 2014

Sezon na irysy



Irysowo robi się wokół nas. Mój ulubiony kwiat, lekko wyczuwalny, ulotny zapach wilgotnej ziemi. Fuzja irysa w Infusion`d iris, jak miks deszczu, lekkiego wiatru i ciepła słonecznego. Jak upojno- ziołowy zapach nocy w lesie. Ta mała wioseczka, ten weekend z karuzelą wrażeń. Spadających gwiazd miały być setki, było kilka, to dobrze, bo nie mam aż tylu marzeń, albo nie zdążyłabym ich pozbierać w deszczu gwiazd i meteorów na późnomajowym niebie. Nocne rozmowy dają wiele, w ciszy lepiej usłyszeć własne myśli, potem zapamiętać te drugie, przyjazne. I znów podróż przez wieki w naszych umysłach. Tarcze herbowe rodu Seydlitzów, mączna droga przez XVIII- wieczny młyn i zachwyt nad rzeczą, tworzoną dla zachwytu. Fajnie robić coś razem, nawet wtedy, gdy nie bardzo wiesz, do czego twa ręka się przyda,  co się tworzy, nie znasz instrukcji obsługi, czy użytkowania. Czy ważny jest efekt końcowy? Wyszedł cudowny! Ważniejsze wszakże tamte chwile. Irysy wciąż pięknieją w moich marzeniach.






czwartek, 22 maja 2014

Wiosna trwa



Cud zieleni, jak co roku. Nieustannie zachwycający. Ciepłe powietrze z kwietno- ziołowym aromatem. Ucieczka z wieży, na rowerze. Pomęczę się trochę, to przejdzie. Rozwiewa się wszystko, co szare i bolesne. Pozwalam zapomnieć. Ominąć rozklekotane myśli, przykryć soczystozielonym liściem. Jaka miła chwilowa amnezja! Zmęczone nogi, przestrzenny oddech i las na nieodległym horyzoncie. Chwila, moment w zachwycie. Widok, na który można spoglądać godzinami. Wystarcza na ciepłą, pełną uśmiechu buzię, ozłoconą słońcem i obietnicą pięknego lata.


sobota, 10 maja 2014

...mieszkam w wysokiej wieży...




Mieszkam w wysokiej wieży otoczonej fosą 

Mam parasol, który chroni mnie przed nocą 
Oddycham głęboko, stawiam piedestały 
Jutro będę duży, dzisiaj jestem mały 

Stawiam świat na głowie do góry nogami 
Na odwrót i wspak bawię się słowami 
Na białym czarnym kreślę jakieś plamy 
Jutro będę duży, dzisiaj jestem mały 

Mieszkam w wysokiej wieży, ona mnie obroni 
Nie walczę już z nikim, nie walczę już o nic 
Palą się na stosie moje ideały 
Jutro będę duży, dzisiaj jestem mały 

Stawiam świat na głowie do góry nogami 
Na odwrót i wspak bawię się słowami 
Na białym czarnym kreślę jakieś plamy 
Jutro będę duży, dzisiaj jestem mały